Rola szlachty na tle dziejowem

Część II. Swobody stanowe i polityczne szlachty

  • Strona 1
  • Strona 2
  • Strona 3
  • Strona 4

Na przełomie wieku XVI i XVII Europa poczyna wchodzić coraz głębiej w okres nowoczesnego absolutyzmu.Na całym niemal kontynencie zamiera idea samorządu stanowego, wyhodowana przez wieki ubiegłe. Dawne sejmy stanowe, owe francuskie etats généraux, niemieckie Landtagi, hiszpańskie kortezy, które przy całym swym zacieśnionym widnokręgu reprezentowały pierwiastek społeczny w rządzie, pokonane w długoletniej zaciętej walce z rodzimą władzą monarszą lub, jak sejm węgierski i czeski, zatamowane w rozwoju, względnie zniszczone przez obce siły, - ustępują z widowni. Jeżeli czasem utrzymały się jeszcze formalnie, życie pozbawia je wszelkiego znaczenia. Naogół stają się cieniem przedstawicielstwa. Nie mają prawa stanowienia o niczem - mogą tylko słuchać i potakiwać. Są zwoływane rzadko, nieraz co kilkadziesiąt lat, lub wogóle nikną. We Francji n.p. zamarły w roku 1614 i dopiero w przeddzień wielkiej rewolucji, po 175 latach, następuje próba ich wskrzeszenia. Królów francuskich nazywano już w XVI wieku "reges servorum", t.j. królami niewolników, zamiast "reges Francorum", a pisarze polityczni ówcześni, zastanawiając się nad różnicą między "monarchą" i "tyranem", upatrywali ją w tem, że tyran nie dopuszcza do głosu "poddanych" i wszelkie ciała reprezentacyjne "przestraszają go jak światło nietoperza". Sejmy stanowe schodza ze świata bezpotomnie, nie wyłoniwszy z siebie kształtów ustrojowych wyższego rzędu. Natomiast nowy prąd dziejów coraz bardziej grupuje czynniki rządu dookoła purpury monarszej, aby nakoniec skupić w ręku jednego człowieka, króla, wszystkie promienie władzy i strąciwszy społeczeństwa ludzkie w poniżającą nicość polityczną, pozwolić temu jednemu człowiekowi powiedzieć o sobie wyniośle: "Państwo, to ja!". W wieku XVII, niemal wszędzie już na kontynencie rozpościerał się absolutyzm. Nieodpowiedzialna przed nikim i żadnym prawnym hamulcem nieokiełznana wola jednostki kierowała uzależnionymi od siebie narodami i państwami, niby osobistą własnością - przed wolą tą ślepo korzyły się miljony. Zwycięski autokratyzm zniweczył udział społeczeństw w życiu publicznem, podkopując tem samem w znacznej mierze i przywiązanie ich do powszechnego dobra.

W Polsce przybrały rzeczy obrót wręcz odmienny. Obok Anglji ona jedna, a na kontynencie europejskim jedyna, potrafiła nie tylko obronić i utrzymać przez cały czas swego państwowego bytu, ale i rozwinąć, - przekazaną przez średniowiecze, zasadę udziału społeczeństwa we władzy. Jak dwa o przeciwnym biegu strumienie, płyną: rozwój ustrojowy europejskiego kontynentu i rozwój ustrojowy polskiej Rzeczypospolitej. Tam, u stóp wznoszącego się coraz wyżej tronu jedynowładcy wychowuje się na długie stulecia pokorny typ "poddanego o ograniczonym rozumie". Tu, przy ciągłem przesuwaniu się władzy w ręce narodu, wytwarza się typ wolnego obywatela, który stosunek swój do państwa określa dumną, a co ważniesze, słuszną zasadą: "nil de nobis sine nobis" - "nic o nas bez nas". Szlachta polska z niebywałą szybkością rozwija u siebie swobody obywatelskie i polityczne od początków w. XV.

Przywilejem czerwińskim z roku 1422 zdobywa szlachta zabezpieczenie nietykalności mienia: król nie może odtąg pozbawić nikogo własności prywatnej bez wyroku sądowego. Rok 1425 przynosi doniosłe prawo nietykalności osobistej, wyrażone w wiekopomnej ustawie zasadniczej: "Neminem ceptivabimus nisi jure victum", poręczającej, iż szlachcic nie będzie uwięziony inaczej, jak na podstawie prawomocnego wyroku sądowego, wyjąwszy schwytanie na gorącym uczynku zabójstwa, podpalenia, kradzieży i gwałtu. To polskie "Habeas corpus", wyprzedzające o wiele stuleci rozwój pojęć prawnych na kontynencie europejskim, a przestrzegane tak sumiennie, że nigdy nie ważono się go pogwałcić, rozciągnęła Rzeczpospolita Polska z czasem także na mieszczan (1791) i na żydów (1792). Przywilej r. 1588 zabezpiecza nietykalność ogniska domowego, postanawiając, że dom szlachcica nie podlega rewizji, nawet wówczas, gdy się tam ukrywa banita. Bez specjalnych patentów posiada obywatel Rzeczypospolitej wolność tworzenia związków i swobodę wyrażania przekonań słowem i pismem, i nie może być w jakikolwiek sposób prześladowany za opinję, wygłoszoną o sprawach publicznych. Kto pozywał współobywatela do sądu za wypowiedzenie, choćby najbardziej nieprawomyślnych poglądów, karany był sam jako burzyciel spokoju wewnętrznego i ciemiężyciel wolności obywatelskiej. Tak zwane dziś zasady konstytucyjne: nietykalność jednostki, ochrona mienia i ogniska domowego, wolność zrzeszania się, swoboda ujawniania myśli - zasady, o które gdzieindziej płynęły w XIX stuleciu potoki krwi i które zdobywano wśród gwałtownych wstrząśnień wewnętrznych - były w Polsce urzeczywistnione już w wieku XV i XVI i przetrwały do końca istnienia Rzeczypospolitej, gdy w Europie panowało najsroższe bezprawie.

Równolegle rozwijają się swobody ściśle polityczne. Podstawą ich staje się, uzyskany w r. 1454 w Nieszawie "statut" króla Kazimierza Jagiellończyka, który obowiązuje się w nim nie wydawać nowych ustaw, ani nakazywać wypraw wojennych, bez każdorazowej zgody szlachty, zgromadzonej na sejmikach ziemskich. Odtąd zyskała szlachta dostęp do władzy prawodawczej. Coraz wyraźniej krystalizuje się zasada, która stanie się kamieniem węgielnym ustroju państwowego w Polsce, że wszystko, co ma obowiązywać ogół, musi podlegać jego uprzedniemu zezwoleniu. Z mgławicy tak kształtujących się pojęć, wyłania się polski system parlamentarny. W drugiej połowie XV-go wieku perjodyczne zjazdy rycerstwa oraz przyboczna rada koronna, przeistaczają się w sejm walny, stały odtąd i pierwszorzędny życia publicznego czynnik, którego ostateczne zorganizowanie się przypada na rok 1493. W roku 1505 sejm w Radomiu uzyskuje podstawę prawną swej organizacji, a zarazem przeprowadza wielką reformę ustrojową w ustawie zasadniczej: "Nihil novi constitui debeat per nos sine communi consensu conciliariorum et nuntiorum terrestrium" ("nic nowego nie postanowimy - zaręcza król - jak tylko za wspólną zgodą Rady i posłow ziemskich").

Konstytucja "Nihil novi", która odtąd przez 3 wieki blisko, aż do dnia 3 maja 1791 r. będzie tworzyła główną podstawę ustroju Polski, uświęca aktem prawodawczym i po raz pierwszy wyraźnie określa i utrwala zasadę, która się w praktyce naogół oddawna już była utarła, zasadę, że prawo nie może być stanowione przez jedną osobę, przez koronowanego władcę i zwierzchnika, ale winno być uchwalone z udziałem ogółu, że zatem właściwem źródłem norm regulujących życie publiczne jest naród i że ma on słuchać tych praw, jakie sam w osobach wybranych przez siebie przedstawicieli, w sposób wolny i nieprzymuszony uznał za potrzebne. Przenosząc władzęm ustawodawczą, służącą dotąd sejmikom ziemskim, na sejm walny, przyczyniła się konstytucja 1505 roku tem scentralizowaniem legislatywy zarazem do ściślejszego spojenia i skonsolidowania całości narodowej. Tworzy ona wogóle fakt epokowy w naszych dziejach, "przedziela - według słów Bobrzyńskiego ("Sejmy polskie") - państwo polskie średniowieczne od nowożytnego", otwierając jednocześnie okres naszego najświetniejszego wewnętrznego rozwoju, okres Zygmuntowski.

Sejm walny w Polsce ("stany sejmujące") składa się z senatu i izby poselskiej, a ponadto wchodzi w skład jego w charakterzy osobnego "stanu" król, który sprawuje też z natury rzeczy najwyższą władzę wykonawczą i naczelne dowództwo siłą zbrojną. Zespolenie to władzy królewskiej z przedstawicielstwem narodu w jedną zwartą całość, istniało, prócz Polski, aż do najnowszych czasów, tylko w konstytucji Anglji. Prof. Balzer ("Państwo polskie w XV i XVI wieku") podkreśla, że gdy gdzieindziej naówczas władca występował poza obrębem przedstawicielstwa stanowego, jako osobny i przeciwstawiający mu się czynnik, to polski "związek króla z sejmem jest ograniczny, jakgdyby w nowożytnej monarchji", i że gdy dualizm średniowieczny umożliwił z czasem narodziny absolutyzmu, u nas przeszkodziło temu właśnie połączenie króla z ciałem prawodawczem we wspólnych ramach. W senacie polskim zasiadają wraz z monarchą senatorowie świeccy i duchowni, w izbie poselskiej szlachta ("rycerstwo") i - przynajmniej do pewnego czasu, względnie w pewnej mierze - mieszczaństwo. Członkowie izby poselskiej pochodzą z wyboru: szlachta wybiera posłów "ziemskich" na zgromadzeniach wyborczych czyli sejmikach, wojewódzkich lub ziemskich, przez powszechne głosowanie, miasta wybierają posłów mijskich.

Sejm polski jest reprezentacją ogólna-państwową i najwyższem zgromadzeniem prawodawczem, którego postanowiwnia obowiązują cały kraj. Do ważności jego uchwał wymagana była powszechna zgoda obu izb, oraz króla. W niektórych sprawach zachował król, oczywiście z wolą sejmu, władzę wydawania ustaw na własną rękę, co atoli nigdy nie było jasno i ściśle uregulowane (St. Kutrzeba: "Historja ustroju Polski"). Izba poselska tworzyła właściwy czynnik prawodawczy, senat przyjmował tylko lub odrzucał jej uchwały, przyczem obie izby w określonych momentach schodziły się na wspólne narady. Projekty do praw wnoszone były od tronu, ale mógł wystąpić z niemi i każdy poseł. Obrady sejmowe odbywały się jawnie, przy drzwiach otwartych, wobiec publiczności czyli "arbitrów". Przewodniczy obradom w senacie król, w izbie poselskiej - wybierany z jej łona marszałek. Przez cały czas trwania sejmu posłowie i senatorowie są nietykalni i wolni od odpowiedzialności sądowej: toczące się w jakichkolwiek sądach ich sprawy ulegają chwilowemu zawieszeniu pod nieważnością wyroku.

Wadą organiczną tak skonstruowanego ciała, które zresztą w długotrwałej praktyce ulega różnym, acz nieznacznym tylko modyfikacjom, jest skrzępowanie posłów przez "instrukcje" od wyborców, co otwierało szeroką drogę dla egoizmów lokalnych, a trwa aż do reformy 3 maja 1791 r. i ze zmienną skrupulatnością w rozmaitych epokach jest przestrzegane. Instrukcje te określały mniej lub więcej dokładnie, jakie stanowisko zająć ma poseł wobec najważniejszych przynajmniej spraw, będących na dobie, pozbawiając go tem samem swobody działania. Niekiedy jednak wyborcy, nie krępując swego posła, polecali mu wręcz postąpić, jak uzna właściwe i pożyteczne, lub też iść solidarnie z większością. Po sejmie posłowie mają stanąć prszed wyborcami i na t. zw. sejmikach relacyjnych zdać sprawę ze swych czynności.

Szeroki samorząd zachowały województwa i "ziemie" w liczbie kilkudziesięciu. Odpowiadał temu osobny organ prawodawczy w postaci sejmików gospodarskich, na których szlachta załatwiała różne miejscowe sprawy administracyjne i skarbowe, uchwalała podatki na miejscowe potrzeby i pobierała je przez swych urzędników, województwa utrzymywały nawet własną siłę zbrojną. Buły to niby małe republiki w ramach wielkiej, która zapomocą władz centralnych i walnego sejmu łączyła je we wspólną całość. Kiedy władza centralna w epoce upadku saskiego zupełnie niemal znikła i punkt ciężkości przeniósł się do lokalnych ciał samorządowych, których nadmierny rozrost zagroził wprost rozbiciem więzi państwowej, Rzeczpospolita stała się jakby luźną federacją takich nieskoordynowanych ze sobą republik - województw.

Lecz zresztą w zasadzie, a po za owym okresem stuletnim rozprzężenia, także w praktyce, całe życie państwowe poddane było rozstrzygającemu wpływowi sejmu walnego. Do zakresu jego działania należały następujące kierownicze funkcje: wypracowanie i uchwalanie ustaw, obowiązujących ogół mieszkańców, nakładanie wszelkich ciężarów i podatków państwowych, przyzwalanie na bicie monety, sądownictwo karne najwyższej instancji dla spraw wyjątkowej wagi, kontrola działalności rządu, nadzór nad gospodarstwem skarbowem państwa, którego rachunki podskarbiowie koronny i litewski przedkładają do zbadania i zatwierdzenia osobnej komisji sejmowej, czuwanie nad administracją wewnętrzną, odbieranie sprawozdań od posłów do dworów cudzoziemskich i wyznaczanie kierunku polityce zagranicznej, sankcjonowanie traktatów i przymierzy, wreszcie tak ważna czynność, jak decyzja o wypowiadaniu wojen i zawieraniu przymierzy. Monarcha polski nie mógł dla osobistych czy rodzinnych widoków rozpalić lekkomyślnie pożogi wojennej, gdyż najdonioślejsze z praw, prawo dobycia oręża, przysługiwało samemu tylko narodowi, który zastrzegł sobie rozpatrzenie, czy wojna lub pokój zgodne są z jego interesem. Są to kompetencje olbrzymie, których znaczna część nie stała się jaszcze dziś w tym stopniu udziałem niejednego z nowoczesnych parlamentów. Niesłychanie silnie akcentowane prawo jednostki znalazło wyraz w charakterystycznej dla polskiego ustroju politycznego zasadzie jednomyślności uchwał sejmowych, zasadzie, która w pewnym stopniu ma na Zachodzie swoje analogje w epoce średniowiecza, lecz w tej mierze i w tem natężeniu pojawiła się tylko u nas. Każda prawomocna uchwała sejmu musi zapaść "unanimiter", wszystkimi głosami. Głos przeciwny jednego posła ("liberum veto") obala uchwałę. Na dnie tej zasady leżała myśl, iż większość nie powinna narzucać mechanicznie swej woli mniejszości. Poseł sejmu polskiego chciał być nie przegłosowanym, lecz przekonanym. Przez długi czas doktryna ta, nazywana przez szlachtę "źrenicą wolności", wytrzymywała zwycięsko próbę życia. "Liberum veto" było przez sto lat prawem, z którego nikt nie wysnuwał ostatecznych konsekwencyj: mniejszość dawała się przekonywać, lub dobrowolnie ustępowała przed wolą większości. "Za najświetniejszych czasów sejmowania polskiego większość głosów rozstrzygała faktycznie zarówno w senacie, jak i w izbie poselskiej w kwestjach większej wagi", stwierdza Bobrzyński ("Sejmy polskie"). Od schyłku XVII wieku, gdy poziom moralny społeczeństwa obniżył się, stała się zasada jednomyślności dogodnem narzędziem bądź dla wichrzeń zewnętrznych, bądź dla opozycji przeciwnej wszelkim reformom i poczęła służyć do zrywania sejmów: w czasach upadku utarło się mianowicie, że "veto" jednego z posłow unieważniało uchwały całej wogóle sesji i tamowało czynności sejmowe. Zniosła je częściowo już reforma Czartoryskich 1764 r., do reszty ustawa 3 maja 1). Przeciwwagę, "liberum veto", częściowo przynajmniej, przynosiły ze sobą konfederacje, dobrowolne związki obywateli, zawiązywane na czas zewnętrznego niebezpieczeństwa oraz podczas każdorazowego bezkrólewia, celem utrzymania porządku w państwie. Uchwały zapadały wówczas na sejmach wyjątkowo większością głosów. Złączona w onych związkach szlachta (przez długi czas i mieszczaństwo) słuchała obranej przez siebie władzy, "generalności konfederackiej" ślepo i bezwzględnie, aż do gotowości na śmierć dla spełnienia jej postanowień. Zwierzchność konfederacka posiadała władzę nieograniczoną, dyktatorską.

Życie polityczne Rzeczypospolitej rozwinęło się w tych ramach z niezmierną intensywnością. O ile mieszczaństwo faktycznie rychło zeszło z widowni, a pewne przysługujące mu prawa wykonywało raczej tylko manifestacyjnie, aby stwierdzić, że je w zasadzie posiada, to ogół ziemiański coraz bardziej zaprawiał się w szerokiem życiu państwowem. W ciągu długiej i nieprzerwanej praktyki trzech stuleci wyrabia się kultura polityczna, która wchodzi w krew szlachty polskiej. Sprawy publiczne, źle lub dobrze pojmowane - pochłaniają ją, są zajęciem ulubionem i zaszczytnem, jak w starych republikach greckich, i również jak tam, posiadają zdolność roznamiętniania. Na sejmach zwyczajnych, zwoływanych obowiązkowo co dwa lata i nadzwyczajnych, zbierających się w miarę potrzeby, na niezliczonych rodzajach sejmików powiatowych i wojewódzkich (sejmiki przedsejmowe, elekcyjne, deputackie, gospodarskie, relacyjne, generalne), w obieralnych trybunałach sądowych i na licznych urzędach, jest szlachta nieustannie zaprzątnięta sprawami bądź samorządu lokalnego, bądź odnoszącemi się do interesów państwa. Obraz powyższy jest w ogólnych zarysach wykończony już pod koniec XVI wieku i bez zmian zasadniczych pozostanie takim przez dwa następne stulecia, właśnie wtedy, gdy niemal cała Europa kontynentalna poddała szyję pod jarzmo absolutyzmu. Ponieważ we wszystkich tych prawach i swobodach politycznych bierze udział cały, niezmiernie liczny i różnolity w swem społecznem uwarstwieniu ogół szlachty, a tron oddawna już przestał być dziedzicznym. Polska krystalizuje się ostatecznie jako ustrój szlachecko-demokratyczny i szlachecko-republikański. W ustach narodu zjawia się samorzutnie, na oznaczenie tak ukształtowanego państwa, nazwa "Rzeczypospolitej", która, odpowiadając wiernie duchowi urządzeń publicznych, upowszechnia się szybko jako nieurzędowe określenie konstytucyjnej monarchji polskiej.

W naszej literaturze historycznej, niekoniecznie nawet autoramentu szkoły krakowskiej, i wogóle w całej współczesnej umysłowości, tendencja do obniżania wartości urządzeń i idei państwowych własnego narodu stała się czemś w rodzaju dobrego tonu, w którym zdaje się, stoimy odosobnieni w Europie. Dla przykładu spróbujemy tu w zwięzłym przypisku skontrolować kilka poglądów na dawny sejm Rzeczypospolitej.

Al. Rembowski ("Konfederacja i rokosz") pisze: "Uważam za stosowne nadmienić, że twierdzenie prof. Bobrzyńskiego, jakoby ustawa polska z roku 1505, uświęcajaca udział szlachty w życiu państwowem, stworzyła parłamentaryzm, może w nauce o państwie spowodować tylko zamieszanie pojęć. Przez wyraz "parłamentaryzm" rozumie nauka polityki, zgodnie z historykami prawa państwowego, system rządzenia, czyniący ministerjum zawisłem od poparcia większości izby gmin. System powyższy wyrobił się i utrwalił w Anglji dopiero na początku XVIII wieku". Otóż kryterjum powyższe jest najzupełniej dowolne. Dowodzi tego jasno fakt, że w Prisiech, a nawet i w Rzeszy niemieckiej, ministerstwa stały do r. 1918 zaufaniem i wolą korony, nie izb, i żadne votum nieufności ze strony reprezentacji ludowej nie mogło zmusuć ich do ustąpienia. Co więcej, nawet w Stanach Zjednoczonych północnej Ameryki, ministrowie nie są odpowiedzialni przed kongresem, lecz wyłącznie przed prezydentem. Czy można jednak twierdzić, jakoby Niemcy czy Ameryka północna, nie były państwami parłamentarnemi? Nie, gdyż istotą parłamentaryzmu jest poprostu taki układ stosunków, w którym społeczeństwo posiada głos współdecydujący w sprawach państwowych za pośrednictwem swego mniej lub więcej szeroko zakreślonego przedstawicielstwa.

Ze stanowiska teorji przesadnie podkreśla się i przeciwstawia dzisiejszemu stanowi rzeczy fakt, że posłowie byli u nas przed reformą 3 maja tylko mandatarjuszami sejmików, a nie przedstawicielami całego państwa, że "ci, co w sejmie zasiadali, reprezentowali interesy państwa o tyle tylko, o ile one się schodziły z tamtymi". Jedno i drugie jest oczewiście zgodne z martwą literą urządzeń ówczesnych. Skoro jednak weźmiemy pod uwagę praktykę, która wobec "szarej teorji" ma chyba też jakieś znaczenie, to stwierdzić należy: 1) że członkowie sejmu polskiego, mimo, iż byli mandatarjuszami sejmików, wznosili się niejednokrotnie na wysoki poziom przedstawicielstwa całości państwowej, czego mamy mnóstwo przykładów, 2) że deputowani dzisiejsi, aczkolwiek nie prawnie, to faktycznie czują się również - nieraz przedewszystkiem - przedstawicielami swoich "okręgów" i mandatarjuszami wyborców, od których na zgromadzeniach przedwyborczych otrzymują sui generis instrukcję, przyczem wiadomo, jak wrażliwi bywają na punkcie zyskania nawet wdzięczności tych, od których wzięli mandaty, 3) że dawne stany w znaczeniu prawno-państwowem zastąpione zostały przez "klasy" społeczne, że w dzisiejszych ciałach ustawodawczych posłowie, podobnie jak niegdyś było w Polsce, reprezentują przedewszystkiem interesy swej klasy, a "państwa o tyle tylko, o ile one schodzą się z tamtymi". Wystarczy wskazać na posłów robotniczych, posłów agrarjuszy, n.p. pruskiego typu, na walki o reformy wyborcze, podszyte zupełnie wyraźnie klasowemi interesami i t.d. Pozostawienie zresztą dotąd w składzie ciał prawodawczych izby "wyższej", izby "lordów", izby, która na Węgrzech nazywa się wprost "izbą magnatów", dowodzi, że pierwiastek stanowości nie został całkowicie usunięty nie tylko z ducha, ale nawet z organizacji nowoczesnego parlamentaryzmu. Prof. Oswald Balzer ("Reformy polityczne i społeczne konstytucji 3 maja") mówi znowu: "Przywykliśmy nazywać sejm polski ciałem parlamentarnem, reprezentacją narodu; jeżeli do tych nazw przywiążemy znaczenie ścisłe, dzisiejsze, to trzeba je chyba zarzucić: izba poselska nie była izbą parlamentarną w znaczeniu dzisiejszem". Z równą słusznością należałoby jeszcze na początku XX w. odmówić istotnych cech perlamentu sejmom, które nie opierały się na głosowaniu powczechnem, bo i one tylko reprezentowały ułamek narodu. Gdyby o istocie parlamentaryzmu miała rozstrzygać zasada bezwzględnie doskonałej reprezentacji, to pokazałoby się, że parlamenty istnieją tylko w nielicznych dotąd krajach. W całym szeregu państw usuniętą jest od udziału w życiu reprezentacyjnem zasadniczo cała połowa ludności, t.j. kobiety. Wyłączenie to jest niezawodnie krzywdzące i niedorzeczne: nie zachcemy mimo to jednak twierdzić, że parlament francuski, w którym kobiety nie mają prawa głosu, nie jest dlatego parlamentem. Wysuwane dla kontrastu z dawnym polskim sejmem określenie: "parlamentaryzm w znaczeniu dzisiejszem" jest arcyśliskie, gdyż to "dzisiejsze znaczenie" ogarnia w dobrej zgodzie przedstawicielstwa o tak znacznych odchyleniach, jak parlament angielski i przedrewolucyjna Duma rosyjska, sejm pruski i parlament nowozelandzki. Że sejm Rzeczypospolitej Polskiej nie był "dzisiejszym parlamentem", tego chyba nie trzeba dowodzić. Jeżeli jednak Bobrzyński widzi w r. 1505 narodziny parlamentaryzmu w Polsce, to atakowanie tego słusznego twierdzenia "dzisiejszością" nie może bynajmniej zachwiać istotą rzeczy, która nietylko w perspektywie dziejowej, ale jak widzieliśmy, nawet dziś, w obrębie tego samego czasu, przejawia się w bardzo różnych postaciach.

Pomiędzy dawnym sejmem polskim a najliberalniejszym z sejmów nowoczesnych zachodzi głównie i przedewszystkiem różnica ilościowa, naturalna ze względu na upływ stuleci, podczas gdy między ustrojem i duchem Polski historycznej a większością państw w Europie, nietylko współczesnych jej, lecz nawet jeszcze XIX i XX-go wieku, zachodzi różnica jakościowa zasadnicza, taka, jaka wyraża się w stosunku wolności do despotyzmu.

Polska encyklopedia szlachecka. T.1, 1935.

Przygotował J. Łyczkowski


1) Upatrujemy słusznie niedorzeczność w tem, że uchwały, które sejm powziął, mogły być obalone przez jednego człowieka, powołującego się na swoje prawo "veta". Europa nie wychodzi z podziwu, jak taka absurdalna zasada utrzymywała się u nas przez tyle wieków. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę, że "liberum veto" istnieje dotąd wszędzie, gdzie ustawa, choćby uchwalona przez cały parłament, upada, skoro nie zyska jeszcze sankcji głowy państwa. Że w tym wypadku również wola jednego człowieka przekreśla wolę ciała prawodawczego, to krytykom polskiego "liberum veta" wydaje się najnaturalniejszem w świecie.